26
Cz, Lis
39 New Articles

Listopad – (nie)bezpieczna dla Polaków pora?

"Polish Independence Day celebrations in Westminster Cathedral" by Catholic Church (England and Wales) is licensed under CC BY-NC-SA 2.0

FELIETONY
Posłuchaj
Typography
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

W listopadowym klimacie, w którym pamięć o tych, których już nie ma z nami na ziemi przeplata się z nutami patriotycznymi, chodzą mi po głowie trzy użyte poniżej cytaty, które zmuszają do myślenia w obliczu ostatnich niepokojów społecznych. Jeden z tych cytatów jest według mnie zdecydowanie zbyt mało znany, a jego autor, kościelny hierarcha, a zarazem jeden z twórców naszej niepodległości, niedoceniany.

 

Kłania się Wyspiański

„Listopad to dla Polski niebezpieczna pora?”. Takie słowa włożył w usta Wielkiego Księcia Konstantego Stanisław Wyspiański w dramacie „Noc Listopadowa” przedstawiającym obraz pierwszych godzin Powstania Listopadowego. Te słowa zapowiadały wszystko, co doprowadziło do upadku tego zrywu, który z grona polskich powstań narodowych miał największe szanse powodzenia. U podstaw porażki niewątpliwie stały m.in. podziały i rozdarcie w polskim społeczeństwie, brak zdecydowanego i prawdziwego przywództwa czy zawód ze strony elit. Możliwe, że gdyby nie przedwczesna śmierć w 1907 r., to Wyspiański doczekałby roku 1918, w którym listopad okazał się wymarzoną, wyczekaną, wymodloną porą, kiedy to doszło do wskrzeszenia Polski z grobu rozbiorów, a wszystkie te elementy, które doprowadziły do upadku Powstania Listopadowego udało się ówczesnym Polakom przezwyciężyć w imię wspólnego dobra i celu.

No dobrze, ale po co nam ten wstęp z domieszką historycznego „gdybania”? Otóż, ten właśnie listopad 2020 roku, w którym świętujemy 102. rocznicę odzyskania niepodległości oraz 190. rocznicę wybuchu Powstania Listopadowego, w którym hasa sobie do woli druga fala pandemii COVID-19, zmieniająca nasze życie nie do poznania, w którym nasz kraj jest wstrząsany różnymi protestami i konfliktami, przywiódł mi na myśl te właśnie tajemnicze słowa.

 

“Jedno serce i jedna dusza”

Czy polskie społeczeństwo u progu odzyskania niepodległości było mniej podzielone politycznie niż obecne? Bynajmniej. Czy każdy ruch, orientacja lub partia nie miały wówczas swoich złotych recept na uzdrowienie sytuacji? Na pewno. Czy Piłsudski, Dmowski, Korfanty, Daszyński, Witos i inni współtwórcy przyszłej niepodległości nie uważali, że tylko oni mają najlepsze predyspozycje, zasoby i umiejętności ku temu, aby pokierować podnoszącym się z niebytu państwem? Nie wątpię, że każdy z nich mógł uważać, że „nosi buławę w plecaku”.

Stało się jednak coś, co pozwoliło z konglomeratu różnych opcji, koncepcji, osobowości wyłonić się na nowo niepodległej Polsce. To „coś” świetnie oddają słowa jednego ze współtwórców polskiej niepodległości, którego nie wspomina się na jednym wydechu obok wyżej wymienionych. Metropolita warszawski abp Aleksander Kakowski, bo o nim mowa, z okazji uroczystej inauguracji Rady Regencyjnej Królestwa Polskiego (tymczasowej kolegialnej głowy odradzającego się państwa) we wrześniu 1917 r. apelował do narodu polskiego tak: „Wszystkich Polaków wzywam do zgody, jedności i miłowania się wzajemnie, abyśmy wszyscy, ilu nas jest, mieli jedno serce i jedną duszę, bo z miłosierdzia Bożego powstaje Polska wolna i niepodległa”. 

 

Wspólny cel

To właśnie Rada Regencyjna już 7 października 1918 r. ogłosiła niepodległość Polski, zaś 14 listopada regenci usunęli się ze sceny, wręczając Piłsudskiemu nominację na Naczelnika Państwa, przy czym to właśnie abp Kakowski był tym, który przekonał pozostałych regentów oraz władze niemieckie, że jedynym człowiekiem, który może zapobiec rewolucji społecznej w Polsce, jest Piłsudski, co na pewno otworzyło mu drogę powrotu do kraju w listopadzie 1918 r., a resztę już znamy z podręczników historii.

Warto zatrzymać się jednak na tym wezwaniu abp Kakowskiego do ewidentnej zmiany narodowego myślenia i polskiej mentalności. Zgoda i jedność, wzajemna miłość, jedno serce i jedna dusza, czyli ukierunkowanie na wspólny cel, gotowość do odłożenia swoich racji w imię tego celu, szacunek i uznawanie wzajemnej godności, to musiały być te kluczowe mentalnie postawy, na które zdobyło się wówczas polskie społeczeństwo, elity i przywódcy, w tym czasie gdy Bóg – Pan historii – po 123 latach polskiej „drogi do ziemi obiecanej” zechciał ofiarować nam tę geopolityczną szansę, byśmy w zamęcie i zgliszczach Wielkiej Wojny odbudowali własny Dom.

 

Nie jesteśmy “tak bardzo chorzy”

Obecnie, w listopadzie 2020 roku, takie wezwanie abp Kakowskiego może się wydawać tylko pobożnym bajaniem czy marzeniem ściętej głowy, ale myślę, że wśród wielu z nas tli się jak dogasająca raca taka myśl – nadzieja, że pomimo dzielących nas różnic i sporów na śmierć i życie, wciąż musi być jakaś polska meta-płaszczyzna łącząca wszystkich nas w tym wspólnym Domu, co dość humorystycznie, ale trafnie ujął Kazik Staszewski w utworze „V rozbiór Polski”: „Przeczuwając, że zanosi się na V Rozbiór Polski, przebudziły się jej dzieci - lud specjalnej troski (…) Zagrożenie zakończyło wszystkie waśnie, kłótnie, spory - strach pokazał, że ten kraj nie jest tak bardzo chory (….) Cała ta historia niesie morał i to całkiem spory - świat zobaczył, że ten kraj nie jest tak bardzo chory ”.


You don`t have permission to comment here!