21
Wt, Wrz
26 New Articles

Myślałem, że to będzie zwykły rejs, a doświadczyłem spotkania z legendą

fot. Mirosław Pieślak, lic. Creative Commons

FELIETONY
Posłuchaj
Typography
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

„Ta historia, co wam powiem, jest całkiem prawdziwa, a dotyczy jegomościa, który ze mną pływał” – zapowiadał wokalista Spinakerów miłośnikom marynistycznej nuty. Czas mojego nadmorskiego urlopu sprawił, że w ten sam sposób mogę zacząć ten tekst…

 

Na swobodę!?

Czy sfolguje w końcu sezon na koronawirusa? Dla odważnodrogowej braci – czas odtwarzania sfilmowanych wcześniej konferencji tematycznych, elektronicznych networkingów i mastermindów. Pierwszą bodaj „jaskółką w tunelu” tej braterskiej posuchy była nocna pielgrzymka „Stań w wyłomie!”, gdzie ramię w ramię trawiono – „przez nogi do serca” – treści z gorącej jeszcze konferencji o jedności.

 

Daj się zaskoczyć – najlepiej wielokrotnie! 

Termin konferencji „jednościowej” z pielgrzymką trafił jak raz w sam środek planowanego od dawna urlopu. Zakłócenie, niezręczna konieczność negocjacji i modyfikacji planu, jeszcze „po drodze” przesyłka do Gdańska i okazja do dalszych poprawek zewnętrznych w moim planie. Każdy dobrodziej ma bowiem swój pomysł na udoskonalenie w twoim planie wypoczynkowym, a tobie nie zawsze politycznie jest odmówić jego uwzględnienia. Wszak kiedyś nie wykluczyłeś zainteresowania udziałem w rejsie jachtem po zatoce, a tak się składa, że właśnie teraz nadarza się ta jedyna okazja. Po cóż więc zwlekać?

 

Dwie legendy 

I już po chwili jestem wraz z żoną na łajbie. Niskojodowy szczur lądowy z Karpat traci stabilny grunt pod nogami, by, bujając się na falach, stanąć w braterstwie z ekipą kilku innych raczej-amatorów pod gościnną komendą prawdziwego morskiego wilka. Nie od razu pojmuję własne szczęście, bo zajmuje mi dłuższą chwilę, że jacht, który uwodzi mnie ku wyjściu z gdańskiej Mariny na Motławie to Antica – jeden z bodaj dziesięciu ledwie polskich oldtimerów – który opłynął dookoła cały świat, a moim gospodarzem jest sam kapitan Jerzy Wąsowicz – człowiek-legenda na jachcie-legendzie.

 

Po prostu działać!

Mały Jurek od ojcowskiej wizji rekonstrukcji polskiej hodowli koni wierzchowych i inicjatyw hippicznych uciekł w marzenie o żeglowaniu. Marzenia ma każdy chłopak. Nie każdemu jednak wystarcza odwagi i determinacji, by zejść z poziomu obłoków i wyobraźni po ich realizację. Jurkowi ich nie zabrakło. Kupił stary, niepotrzebny 

i niszczejący kuter rybacki, by w ciągu dekady przebudować go na jacht oceaniczny, a następnie wyruszyć nim w rejs dookoła świata. Tak po prostu – ten facet to zrobił. Nie wiedział na starcie czy podoła, czy to w ogóle wykonalne, czy zdobędzie fundusze, materiały, fachową pomoc , czy gotowa Antica poradzi sobie z jego planem, czy nie pokona jej żywioł potężnej wody… Zdobył, zbudował, wyposażył, skompletował załogę i wypłynął.

Już płynąc, dowiadywał się, jak wiele nie wiedział o oceanie i jego życiu, stworzeniach w nim mieszkających, o ludziach po nim pływających oraz nad nim i z niego żyjących, o świecie, swoim jachcie i o sobie. Czy mógł wiedzieć, że po przeszło sześciu latach od wyjścia w morze wróci cały i zdrów do czekającej na niego żony i synka, że również ich młodej rodziny nie zmoże długa rozłąka i jego szczególna pasja?

 

Jaki piękny mężczyzna! 

Nie mam pojęcia jaki był Kapitan przed Anticą i ich wspólną drogą oraz dokonaniami. Teraz jednak pływamy razem, pracujemy, manewrujemy, dzielimy raptem półtorej doby żeglarskiego życia. Obserwuję mężczyznę niezwykle łagodnego w obejściu ze swoimi gośćmi-załogantami. Uderzające są jego siła spokoju, niewymuszona kultura, pogodne poczucie humoru i postawa usługiwania – czynienia zadość potrzebom ludzi. Nie ulega wątpliwości jego głęboka świadomość własnych ograniczeń i prawdziwa pokora wobec tego, co go przerasta oraz wdzięczność, że wielokrotnie, stając z tym oko w oko, nie został pokonany. Chętnie i pięknie opowiada o tym, co przeżył na rozmaitych wodach i lądach, gdy opływał glob. Z lubością i szczodrze dzieli się wszystkim, czego nauczyła go jego wspaniała przygoda życia, którą przeżył dzięki pasji i wyjściu jej naprzeciw. Jest tam wiele zmagania i trudów, przeciwności i niedostatku na przemian z radością, obfitością i doświadczaniem ludzkiej życzliwości oraz zachwytem nad różnorodnym bogactwem i pięknem stworzenia.

 

Skąd wiedział?! 

Jak mówi Kapitan, na jachcie musi być wszystko to, co jest w domu i w samochodzie zarazem, tak byś mógł mieszkać i podróżować. Dzięki niemu mieszkamy i jedziemy. On sam jest jak kierowca autokaru i mama w jednej osobie. Rozumiem, że w załodze trzeba współpracować, uzupełniać się i zamieniać. Teraz jednak, gdy nie ma czasu wszystkiego nas uczyć – rzeczy dzieją się niemal samoistnie i samodzielnie. Nie wiem, jak Kapitan to robi, ale prowadzi jacht jak po sznurku. Oddaje koło tylko na nieliczne i niedługie chwile, a pomimo to trafiamy do portu przeznaczenia, w mesie jest nienaganny porządek, posiłki przygotowane są jak należy i serwują się na szykownym stole, koje zasłane są stosownie na noc i na dzień. Wszystko jak gdyby istniał tam jakiś niewidzialny personel hotelowy. No cóż – by doskoczyć do tego poziomu, najpewniej trzeba by opłynąć świat… 

Po zejściu na ląd trafiam wprost na konferencję jednościową – event, gdzie mocnym leitmotivem stają się nieoczekiwanie pokora, łagodność i usługiwanie. Prorok?

 


You don`t have permission to comment here!