25
Pn, Paź
19 New Articles

Jak dołączyłem do watahy bieszczadzkich wilków

SPORT
Posłuchaj
Typography
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Wróciłem w Bieszczady, by zrealizować kolejne sportowe wariactwo – Wataha Bieszczady Extreme Triathlon. W swojej formule odbiega on od klasycznych zawodów triathlonowych, choć dystanse są zbliżone do koronnej dyscypliny Iron Man: 3,5 km pływania, 176 km jazdy na rowerze i 36 km biegu, a to dlatego, że całość odbywa się przy niemal 4000 m przewyższeń.


  • Ekstremalny Triatlon Bieszczadzki Wataha ma dystans klasycznego triathlonu Iron Man, przy czym odbywa się przy niemal 4000 m przewyższeń.

  • Wspólny start w triathlonie Wataha ułatwił mi przygotowanie oraz przebycie niemal całego dystansu.

  • Świadomość, że ktoś jeszcze pokonuje tę trasę, stanowiło dobrą motywację do podjęcia przeze mnie dalszego wysiłku.

  • Wspólna przygoda w triathlonie Wataha owocuje nie tylko medalem, ale też pucharem przyjacielskiej wdzięczności.


 

Czytaj także: „Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady” – relacja z Biegu Rzeźnika

 

Na Watahę z bratem

Późną wiosną na forum naszej męskiej wspólnoty Paweł zaprosił do wzięcia udziału w zawodach o ciekawej nazwie „Wataha”. Miały się odbyć w Bieszczadach w połowie września. Zgłosiłem się, zanim dowiedziałem się, o co właściwie chodzi. Paweł, który „zwoływał stado”, był zdecydowany na pełen dystans i namawiał do dołączenia do odpowiedniej dla siebie grupy. Po pierwszej rozmowie z nim wiedziałem, że będę szedł na całość.

Nasze wspólne przygotowanie rozpoczęło się już w momencie zgłoszenia. Motywowaliśmy się wzajemnie, by sukcesywnie wypełniać plan treningowy.

 

Triathlonowa ekipa

Paweł namówił do udziału w Watasze swoich bliskich – dwóch synów i żonę – którzy mieli wystąpić na krótszych dystansach i w sztafecie. Coraz mocniej zacieśniały się też nasze relacje koleżeńskie. Spotkaliśmy się dzień przed zawodami w Polańczyku. Zakwaterowałem się z ekipą Pawła. Wspólne krzątanie się przy przygotowywaniu sprzętu, ubrań, jedzenia i analizowanie trasy sprawiły, że poczułem się jak w prawdziwej drużynie.

 

Michał i Paweł - ekipa Watahy 2021

 

Samotne wilki nasłuchują swojego wycia

Gdy o 5:00 rano stanęliśmy nad taflą Jeziora Solińskiego, wiedziałem, że będzie to długa samotna podróż, bo nie sposób będzie trzymać się razem przez całą drogę. Wraz z pozostałymi zawodnikami Watahy – ok. 30 osobami – ruszyliśmy za światłami motorówki i szybko zniknęliśmy w mroku. Po ukończeniu pływania zobaczyliśmy się jeszcze z Pawłem w strefie zmian, gdzie przebieraliśmy się do jazdy na rowerze. Później spotkaliśmy się na trasie zawodów, gdy zmieniałem oponę. Paweł chciał upewnić się, czy dam sobie radę. To były jedyne momenty, gdy się widzieliśmy w trakcie wyścigu.

 

Trasa Wataha Bieszczady Extreme Triathlon

 

Droga była trudna, a warunki pogodowe nie pomagały – padał deszcz i zrobiło się chłodno. Na pierwszej pętli dopadły mnie zwątpienia. Pomyślałem, że nie ukończę pełnego dystansu. Widziałem jednak w aplikacji nawigacyjnej pozycję Pawła – był niedaleko przede mną. To mnie zmotywowało do wysiłku. Liczyłem, że spotkamy się w miejscowości Terka, gdzie był punkt żywieniowo-regeneracyjny. Niestety, minęliśmy się. Druga pętla okazała się równie wyczerpująca, co pierwsza – podjazd serpentynami przed samą Cisną dał mi mocno w kość. Na domiar złego, złapałem kolejną gumę. Zanim dotarłem do strefy zmian, Paweł był już na dalszej trasie biegu. Odsłuchałem wiadomość, że czekał na mnie, ale by zmieścić się w limicie czasu triathlonu, musiał ruszać dalej. 

 

Czytaj także: Jak zacząć biegać? Miniprzewodnik na start

 

Walka z samym sobą

To był kolejny moment, w którym pomyślałem o rezygnacji z Watahy. Wiedziałem, że balansuję na granicy limitu czasu, ale postanowiłem spróbować. Przebrałem się i ruszyłem na szlak biegowy z Polańczyka na Wierchy (635 m n.p.m). Tam dogoniłem jednego z uczestników i we dwóch ruszyliśmy do Wołkowyi i Górzanki.

Zaczęło się robić ciemno i drogę przez kolejne przełęcze oświetlałem latarką. Próbowałem nie myśleć o trasie. Moim celem było dogonić Pawła. Niestety w Terce dowiedziałem się, że z uwagi na kiepskie warunki pogodowe, ci, którzy dotarli do tego punktu po godzinie 19.00, nie mogli już wyruszyć w dalszą trasę. Zostało tylko 16 km. Czułem wielki niedosyt, ale też ulgę i zadowolenie, że dałem z siebie wszystko i nie poddałem się, gdy przychodziły kryzysy. Przebyłem 200 km w 14 godzin i przeżyłem wspaniałą przygodę w gronie podobnych do mnie szaleńców.

 

Autor tekstu przed ruszeniem na rowerowy szlak

 

Wataha – epilog

Po powrocie do Polańczyka spotkałem resztę ekipy. Dowiedziałem się, że Paweł zdążył opuścić Terkę przed zamknięciem trasy i wyruszył z naszym kolegą Grzegorzem. Chcieli razem przebyć najtrudniejszy odcinek drogi – podejście na Smerek (1222 m n.p.m.). Pozostali uczestnicy opowiadali mi o swoich zmaganiach, wspaniałym starcie sztafety i sukcesie syna Pawła, który zajął 5. miejsce na dystansie ¼ Watahy. Wspólnie świętowaliśmy, oczekując na wieści od Pawła. Ten, wraz z Grzegorzem, wrócił grubo po północy. Obaj byli zmęczeni, ale szczęśliwi i spełnieni: Paweł z medalem Watahy, a Grzegorz z pucharem przyjacielskiej wdzięczności.

To była dla nas wspaniała przygoda i mam nadzieję, że poznanie tej historii z perspektywy nas obu (relacja Pawła pod tym tekstem) będzie i dla Ciebie motywacją do podejmowania fizycznych wyzwań – może kiedyś razem z nami w bieszczadzkiej Watasze. 

 

Czytaj także: Błąd amatora. Czasami warto go popełnić [RELACJA Z WATAHY]

 


You don`t have permission to comment here!