25
Pn, Paź
19 New Articles

Błąd amatora. Czasami warto go popełnić [RELACJA Z WATAHY]

Autor tekstu (w środku) z rodziną, która także brała udział w zawodach, na mecie Watahy 2021

SPORT
Posłuchaj
Typography
  • Smaller Small Medium Big Bigger
  • Default Helvetica Segoe Georgia Times

Wataha 2021 – coroczne zawody triathlonowe w Bieszczadach – stały się dla mnie okazją do wysnucia pewnego ważnego wniosku na temat tzw. „błędów amatora”. Czy rzeczywiście profesjonalizm zawsze służy człowiekowi? Zachowania odbiegające od postępowania profesjonalisty nie muszą być błędem, a bywają sytuacje, gdy odejście od schematów i ustalonych norm jest dobre – i dla mnie i dla innych. Wszystko zależy od celu.


  • Wataha 2021 spełniła wszystkie moje wymagania amatorskiego triathlonisty. Są to zawody w kameralnej atmosferze, a trasa nie jest pętlą.

  • Triathlon jest dyscypliną idącą w parze z profesjonalizmem, ale nie każde fachowe zalecenia były przeze mnie wdrażane w trakcie Watahy i dobrze na tym wyszedłem.

  • Na trasie wychodziły też moje błędy amatora, których żałuję, np. nie sprawdziłem w 100% sprzętu przed zawodami.

  • Bardzo cenne, choć nieprofesjonalne, było dla mnie towarzyszenie wolniejszemu zawodnikowi na ostatnim odcinku.

  • Uważam, że warto popełniać czasami błędy amatora, zwłaszcza gdy w grę wchodzą inne wartości niż sam wynik działania.


 

Czytaj także: Trzy dyscypliny i trzy razy piętnaście – oto droga mistrzów

 

Wataha 2021 – triathlonowy ideał

W zawodach triathlonowych uczestniczę amatorsko – zawsze z radością i dla radości, ale i z respektem przed wyzwaniem. Wybieram raczej takie imprezy, gdzie atmosfera jest kameralna i przyjacielska. Wolę też, aby trasy biegowe i rowerowe nie były robione na tzw. pętlach. Bieszczadzka Wataha 2021 spełniła wszystkie te warunki.

 

Profesjonalizm nie zawsze popłaca

Już w pierwszej części zawodów wyszły błędy (nie amatora, a organizatora) – brak zapewnienia bezpieczeństwa zawodników podczas nocnego pływania po jeziorze. Trasa rowerowa była nie mniej wymagająca – mnóstwo ostrych wielokilometrowych podjazdów. Profesjonalne zalecenia są takie, by rower i kolarza jak najbardziej „odchudzić” dla łatwiejszych podjazdów, ale z drugiej strony zadbać o nieustanne nawadnianie organizmu. 

Pierwsze zalecenie zignorowałem, wybierając komfort przed wynikiem. Widząc deszczową prognozę pogody, po doświadczeniach z poprzedniego triathlonu, zamontowałem błotniki i zabrałem dodatkową bluzę z kurtką przeciwdeszczową, by mieć suche plecy. Okazało się to błogosławioną decyzją. Po drodze mijałem wielu przemoczonych, zmarzniętych uczestników, stojących na poboczu i przebierających się po kilka razy w suche ubrania. 

Drugą profesjonalną zasadę wziąłem sobie do serca. Korzystając z tabel nawodnienia na długim dystansie, zabrałem dwa pełne bidony. Tego pożałowałem. Do pierwszego punktu żywieniowego (po 109 km) dojechałem nie wykorzystując nawet jednego bidonu. Nawodnienie „z nieba” zadziałało skuteczniej. Zresztą obsługa punktu potwierdziła, że mało kto prosił o dodatkowe płyny. W tych dwóch przypadkach profesjonalizm okazał się mniej pomocny.

 

Czytaj także: “Rzuć wszystko i wyjedź w Bieszczady” – relacja z Biegu Rzeźnika

 

Moje błędy amatora, których wolałbym nie popełniać

Błędu amatora nie uniknąłem przed zawodami. Odbierając rower z serwisu w przeddzień zawodów, nie miałem już czasu na testy. Przednia przerzutka niestety nie zadziałała, jak należy przy podjazdach.

Kolejny mój błąd amatora to nieprofesjonalne podejście do dobierania wsparcia na trasie. Z zasady powinno ono być wcześniej przemyślane i uzgodnione, a wybrana osoba powinna mieć kondycję i odpowiedni ekwipunek, by wspierać, podciągać tempo, dopingować. Tym razem nie zaprosiłem nikogo do tej roli. 

Przed ostatnim, 17-kilometrowym odcinkiem, na punkcie kontrolnym, znajomy zaproponował mi z zaskoczenia, że chętnie dotarłby ze mną do mety, ale marszem. Znając jego możliwości, wiedziałem, że rzeczywiście nie będzie to bieg. Widząc jednak, jak bardzo mu zależy, zgodziłem się. Trochę dla niego, ale także dla siebie – by było mi raźniej na tym najtrudniejszym odcinku trasy.

 

Wsparcie w zawodach

Samotna wędrówka nocą po odludnych bieszczadzkich szlakach pełnych dzikiej zwierzyny nie jest komfortowa psychicznie. W trakcie marszu znajomy wyznał, że najbardziej cieszy się ze wsparcia, jakiego może mi udzielić, bo może zrobić przez to po prostu coś dobrego. Wzruszyło mnie to. Na mecie zameldowałem się dużo później niż planowałem, jednak zupełnie nie żałowałem tej decyzji. Trasa pokonywana we dwóch stała się dużo wolniejsza, ale za to znacznie przyjemniejsza, radośniejsza i pełna śpiewów na całe gardło. Czułem się też bezpieczniej, mając świadomość pomocy w razie nieprzewidzianych trudności.

Warto popełniać czasami błędy amatora, zwłaszcza gdy w grę wchodzą inne wartości niż sam wynik działania.

 

Czytaj także: Domowa sala gimnastyczna – żywa historia naszej rodziny na niecałych trzech metrach kwadratowych!

 


You don`t have permission to comment here!